Po godzinach
Agnieszka i Bartek od dwóch lat siedzą biurko w biurko i od dwóch lat udają, że nic się między nimi nie dzieje. W czwartek wieczorem, nad projektem na jutro, w pustym biurze, kończy się udawanie.
Czwartek, dwudziesta
Biuro o dwudziestej to inne miejsce niż biuro o dziesiątej. Nie ma szumu ekspresu, nie ma Kasi z działu kadr, która na głos opowiada o swoim psie, nie ma telefonów. Są tylko lampki nad dwoma biurkami w rogu open space'u, szum klimatyzacji i deszcz na szybach jedenastego piętra. I jesteśmy my.
Mam trzydzieści trzy lata, jestem projektantką wnętrz w biurze, które urządza hotele, i od półtora roku jestem sama, z wyboru i trochę z braku czasu. Bartek ma trzydzieści pięć, jest kosztorysantem, rozwiódł się trzy lata temu, zanim tu przyszedł, i ma zwyczaj nucenia pod nosem, kiedy liczy. Siedzimy biurko w biurko od dwóch lat. Znam jego kubek, jego ulubiony długopis, to, że pije kawę bez cukru, ale z dwiema kostkami lodu, nawet w grudniu. Wiem, że kiedy się denerwuje, przeczesuje włosy palcami do tyłu. Wiem, że pachnie cedrem i papierem.
Wiem też, że patrzy na mnie, kiedy myśli, że nie widzę. Ja patrzę na niego dokładnie tak samo.
Przez te dwa lata zbierałam drobiazgi jak ktoś, kto chowa muszelki po kieszeniach. Jak w marcu, kiedy zepsuła mi się drukarka, Bartek bez słowa przyniósł swoją z drugiego końca piętra. Jak na wyjeździe integracyjnym w Kazimierzu siedzieliśmy do trzeciej na schodach pensjonatu, rozmawiając o książkach, i nikt z nas nie zrobił kroku, chociaż oboje chyba czekaliśmy. Jak raz, w windzie, dotknął mojej dłoni, podając mi teczkę, i oboje udawaliśmy, że to przypadek, przez całe dziesięć pięter. Każdy taki drobiazg chowałam i nie mówiłam o nim nikomu, nawet sobie.
Jutro o dziewiątej oddajemy projekt hotelu w Zakopanem i od siedemnastej siedzimy nad kosztorysem, który nie chce się zgodzić z moimi rysunkami. Gdzieś jest różnica dwustu tysięcy i żadne z nas nie wie gdzie.
Kuchnia
O dwudziestej pierwszej Bartek wstaje, przeciąga się, aż strzykają mu łopatki, i mówi, że jeśli zaraz czegoś nie zje, to zacznie gryźć segregatory. W lodówce w biurowej kuchni zostały dwa jogurty, ser i pół bagietki z jakiegoś spotkania. Siadamy na blacie, jak na studiach, z nogami w powietrzu, i jemy palcami.
Rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o projekcie. O tym, że Bartek chciałby kiedyś zbudować dom własnymi rękami, gdzieś na Podlasiu. O tym, że ja nie byłam na wakacjach od dwóch lat. O jego byłej żonie, z którą się przyjaźni, i o moim ostatnim związku, który skończył się tak, jak kończą się sklepowe parasolki: nagle, przy pierwszym mocniejszym wietrze.
W pewnym momencie Bartek sięga, żeby otrzeć mi okruch z kącika ust. Robi to odruchowo, kciukiem, i zatrzymuje się w pół gestu, jakby sam się przestraszył. Nie odsuwa ręki. Ja się nie odsuwam. Przez dwie sekundy jesteśmy tak blisko, że czuję jego oddech, a potem on zabiera dłoń i patrzy w okno.
„Przepraszam” mówi.
„Za co?”
„Nie wiem. Za to, że chciałem zrobić coś więcej.”
Szczerość o dwudziestej pierwszej trzydzieści
Mogłabym się roześmiać i zmienić temat. Robiłam to przez dwa lata, za każdym razem, kiedy na firmowej wigilii stawał za blisko albo kiedy w windzie zostawaliśmy sami. Zawsze był jakiś powód. Że to praca. Że jeśli coś pójdzie nie tak, to będziemy musieli codziennie na siebie patrzeć. Że może mi się tylko wydaje.
Ale jest dwudziesta pierwsza trzydzieści, pada deszcz, jemy ser z bagietki na blacie biurowej kuchni i nagle wszystkie te powody wydają mi się bardzo małe.
„Bartek” mówię. „Ja też chciałam. Od dawna.”
Odwraca głowę. W jego oczach widzę coś między ulgą a niedowierzaniem.
„Serio?”
„Serio. Ale jeśli coś z tym zrobimy, to chcę, żebyśmy oboje byli tego pewni. Nie dlatego, że jest późno i jesteśmy zmęczeni. I chcę, żebyśmy obiecali sobie, że jeśli któreś z nas powie stop, dziś czy kiedykolwiek, to drugie to przyjmie i nic się w pracy nie zmieni.”
Bartek kiwa głową powoli. „Obiecuję. I jestem pewny. Jestem pewny od tamtej wigilii, kiedy tańczyłaś z prezesem i deptałaś mu po butach.”
Śmieję się, a on się uśmiecha, i wtedy go całuję. Smakuje jogurtem truskawkowym i kawą z lodem. To najbardziej niepoważny i najbardziej poważny pocałunek w moim życiu.
Nie tutaj
Całujemy się długo, na blacie, w świetle lodówki, którą zapomnieliśmy zamknąć. Jego dłonie są na mojej talii, potem na plecach, pod swetrem, ciepłe i trochę niepewne, jakby nie wierzył, że naprawdę może. Ja wplatam palce w jego włosy i przyciągam go bliżej, aż staje między moimi kolanami.
Kiedy jego usta schodzą na moją szyję, łapię oddech i mówię: „Nie tutaj.”
Zatrzymuje się od razu. Patrzy na mnie, czeka.
„Nie przestawaj chcieć” dodaję szybko, bo widzę, jak w jego oczach coś się zamyka. „Tylko nie tutaj. Nie chcę, żeby jutro przy ekspresie stało mi to przed oczami. Mieszkam dziesięć minut taksówką.”
„A kosztorys?”
„Różnica jest w pozycji czternaście, w oknach. Zauważyłam przy jogurcie. Policzyłeś drewniane zamiast aluminiowych. Poprawimy jutro o siódmej.”
Bartek patrzy na mnie z takim podziwem, że prawie się rumienię. Potem śmieje się na głos, w pustym biurze, i mówi, że chyba się we mnie zakochał dwa lata temu, ale dopiero teraz to do niego dotarło.
Dziesięć minut taksówką
W taksówce trzymamy się za ręce jak para na pierwszej randce, tylko że jesteśmy dorośli i wiemy dokładnie, dokąd jedziemy. Kierowca słucha radia z muzyką lat osiemdziesiątych. Bartek kciukiem gładzi wnętrze mojej dłoni i to jest tak przyjemne, że muszę patrzeć w okno.
Pod moim blokiem stoimy jeszcze chwilę w deszczu, chociaż mamy parasol. Bartek pyta, czy na pewno. Nie dlatego, że wątpi, tylko dlatego, że tak obiecał. Mówię, że na pewno, i że jeśli na górze zmienię zdanie, to mu powiem. On mówi, że to samo dotyczy jego, i że może się okazać, że chrapie, więc mam prawo wyrzucić go o drugiej w nocy. Wchodzimy po schodach, bo winda od tygodnia nie działa, i na trzecim piętrze całuje mnie przy oknie na klatce, aż sąsiadka z czwartego zapala światło i oboje uciekamy na górę, chichocząc, z kluczami, które nie chcą trafić do zamka.
Moje mieszkanie na Saskiej Kępie jest małe i trochę zagracone, pełne próbek tkanin i katalogów płytek. Bartek rozgląda się z ciekawością, dotyka palcami stosu wzorników na stole, uśmiecha się do zdjęć na lodówce. Potem odwraca się do mnie.
„Mogę cię rozebrać?” pyta.
Nikt mnie jeszcze nigdy o to nie zapytał tak wprost. Mówię „tak” i słyszę, że mi drży głos.
Robi to powoli. Sweter, bluzkę, zapięcie stanika, z którym walczy przez chwilę, a ja śmieję się i mu pomagam. Patrzy na mnie, kiedy stoję przed nim w samych majtkach w świetle lampki z przedpokoju, i mówi tylko „Boże, Aga”, cicho, jakby to była modlitwa. Potem ja rozbieram jego. Ma szerokie ramiona i bliznę na przedramieniu, i serce, które bije tak mocno, że czuję je pod dłonią.
Dwa lata czekania
W łóżku Bartek jest dokładnie taki, jak przy kosztorysie. Skupiony, uważny, metodyczny w najlepszym sensie. Pyta, co lubię, i naprawdę słucha. Kiedy mówię, że wolniej, zwalnia. Kiedy mówię, że tutaj, zostaje tam, aż zapominam, jak się nazywam. Całuje moje piersi, brzuch, biodra, i schodzi niżej z pytaniem w oczach, a kiedy kiwam głową, robi to z taką cierpliwością, jakby miał na to całą noc i jeszcze następną.
Przyjemność przychodzi szybko, bo czekała dwa lata. Potem przychodzi drugi raz, wolniej, kiedy on już jest we mnie, a ja trzymam go za ramiona i patrzę mu w twarz. Mówimy do siebie przez cały czas, głupie i czułe rzeczy, śmiejemy się, kiedy łokciem strącam ze stolika katalog płytek łazienkowych. Nie ma w tym nic z tego niezręcznego pośpiechu, jakiego się bałam. Jest jak rozmowa, którą prowadzimy od dwóch lat, tylko wreszcie bez słów.
Potem leżymy w ciemności, a Bartek rysuje mi palcem na plecach jakieś kształty. Zgaduję. Okno. Drzwi. Dom z kominem. „To ten na Podlasiu?” pytam. „Może” mówi. „Musiałbym znaleźć kogoś, kto zaprojektuje wnętrza.” Udaję, że się zastanawiam, i mówię, że moja stawka jest wysoka. Pyta, ile. Odwracam się i całuję go zamiast odpowiedzi, a on śmieje się w moje usta i mówi, że się zgadza, cokolwiek to jest.
Zasypiamy po pierwszej, spleceni, z kołdrą zrzuconą na podłogę.
Siódma rano
Budzik dzwoni o szóstej. Bartek jęczy w poduszkę, a ja śmieję się i ciągnę go pod prysznic. Pijemy kawę na stojąco w mojej malutkiej kuchni. On pije ją z dwiema kostkami lodu. Oczywiście, że mam lód. Kupiłam formę do lodu dwa lata temu, nie przyznając się przed sobą dlaczego.
O siódmej siedzimy przy biurkach. Pozycja czternaście, okna aluminiowe. Różnica dwustu tysięcy znika w dwadzieścia minut. O ósmej trzydzieści przychodzi Kasia z kadr i opowiada o swoim psie. Bartek nuci pod nosem, liczy, przeczesuje włosy palcami. Patrzy na mnie znad monitora.
Tym razem nie udaję, że nie widzę. Uśmiecham się do niego otwarcie, przez całą szerokość dwóch biurek, i wiem, że wieczorem pojedziemy dziesięć minut taksówką jeszcze raz.
Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.
Więcej tekstów w dziale Opowiadania.
Przejdź do działu