Winnica
Marta prowadzi małą winnicę pod Zieloną Górą, a w czasie zbiorów pojawia się u niej Piotr. Opowiadanie o dwojgu dorosłych, którzy mówią wprost, czego chcą, i o nocy, która nie wymaga tłumaczenia.
Winnica
Marta miała trzydzieści trzy lata i od trzech lat prowadziła małą winnicę pod Zieloną Górą, odziedziczoną po ciotce. Wrzesień był jej ulubionym miesiącem, bo pachniał moszczem i ciepłą ziemią, a grona wisiały ciężkie i gotowe. W tym roku miała dwanaście osób do zbioru, ale dzień wcześniej jedna ekipa odwołała przyjazd.
Rano na podwórze wjechał stary samochód. Wysiadł z niego wysoki mężczyzna w płóciennej koszuli, z kapeluszem w ręku i wyraźnym zmęczeniem w oczach.
„Dzień dobry. Piotr. Pracownik sezonowy, z pośrednictwa. Ma pani jeszcze wolne miejsce?”
Marta przyjrzała mu się uważnie. Miał trzydzieści sześć lat, dłonie człowieka, który nie boi się pracy, i spokojny głos. „Mam. Ale nie mówimy sobie pani. Zaczynamy o szóstej.”
Gron za gronem
Przez trzy dni pracowali obok siebie, ona z sekatorem, on z koszem. Rozmawiali mało, ale w tej ciszy było coś wygodnego. Piotr był nauczycielem historii i co roku brał miesiąc wolnego, żeby pracować fizycznie. „Żeby coś po mnie zostawało w ręce, nie tylko w zeszycie”, powiedział kiedyś, a Marta zaśmiała się szczerze po raz pierwszy od miesięcy.
Czwartego dnia wieczorem ekipa wyjechała do miasta na pizzę. Piotr został, bo naprawiał ręcznie prasę, a Marta zeszła z butelką do piwnicy, żeby sprawdzić tegoroczny młody moszcz.
Stali potem przy drewnianej beczce, nalewając do dwóch kieliszków. Światło wpadało przez małe okienko pod sufitem i zatrzymywało się na jego przedramieniu.
„Dobre”, powiedział po pierwszym łyku. „Kwaśne na początku, potem miękkie.”
„Jak człowiek”, odpowiedziała Marta i od razu pożałowała, bo zabrzmiało to jak zaproszenie.
Piotr odstawił kieliszek. „Marta, powiem wprost, żebyś nie musiała zgadywać. Podobasz mi się od pierwszego dnia. Jeśli to nie jest to, czego chcesz, wyjdę na górę i nigdy więcej o tym nie wspomnę.”
Pytanie
Zaskoczyło ją, że nie poczuła ani paniki, ani flirtu z wyrachowania. Poczuła ulgę. Ktoś powiedział na głos to, co od trzech dni zawisło w powietrzu między koszami.
„Nie chcę, żebyś wychodził”, powiedziała. „Ale chcę, żebyśmy najpierw ustalili jedną rzecz. Jeśli w którymś momencie powiem stop, to oznacza stop. Bez pytań i bez obrażania się.”
„To oczywiste”, odparł. „Ale cieszę się, że to powiedziałaś. Ja też. Jeśli coś ci nie pasuje, mów od razu.”
Zbliżył się powoli, tak że miała dość czasu, żeby się cofnąć. Nie cofnęła się. Jego dłoń dotknęła jej policzka, ciepła i lekko szorstka od pracy, a ona przymknęła oczy.
Wolno
Pocałunek smakował winem i wrześniem. Najpierw był ostrożny, potem głębszy, kiedy Marta oparła dłonie na jego piersi i poczuła, jak szybko bije mu serce. To dodało jej odwagi. Przysunęła się bliżej, a on objął ją w talii, nie ciągnąc, tylko podtrzymując.
„Pójdziemy na górę?”, szepnęła.
„Jeśli chcesz.”
„Chcę.”
Wspięli się po drewnianych schodach do domu, gdzie na stole zostały niedojedzone kanapki, a okna były otwarte na pachnące pole. W sypialni Marta zapaliła tylko małą lampkę. Piotr stał w drzwiach i czekał, aż go zaprosi.
Rozpinała mu koszulę guzik po guziku, a on patrzył na jej dłonie, nie na ciało. Kiedy zdjęła ją z jego ramion, pocałowała go w obojczyk, a on wciągnął powietrze. „Mogę?”, zapytał, kładąc dłonie na jej bluzce.
„Możesz.”
Zsunął materiał powoli, jakby odpakowywał coś cennego. Jego usta znalazły jej szyję, potem ramię, a Marta zanurzyła palce w jego włosach i poczuła, że wreszcie, po latach pracy, pozwala sobie na przyjemność, która nie ma nic wspólnego z obowiązkiem.
Noc
Położyli się na starej, skrzypiącej pościeli. Piotr pytał o wszystko cicho, między pocałunkami. „Tak dobrze?” „Wolniej?” „Tu?” Marta odpowiadała raz słowami, raz ruchem bioder, a raz tylko oddechem, który mówił więcej niż zdania.
Kiedy w końcu połączyli się ciałami, zatrzymali się na chwilę, patrząc sobie w oczy. Rytm znaleźli razem, najpierw leniwy, potem coraz gorętszy, aż Marta zacisnęła palce na jego plecach i poddała się fali, która narastała od dawna. On poszedł za nią chwilę później, z jej imieniem na ustach.
Leżeli potem w ciszy, słuchając świerszczy za oknem. Marta oparła głowę na jego ramieniu.
„Wszystko w porządku?”, zapytał.
„Lepiej niż w porządku”, odpowiedziała i uśmiechnęła się w ciemności.
Rano
Obudziło ją słońce i zapach kawy. Piotr stał w kuchni w jej za dużej koszuli roboczej i próbował znaleźć cukier. Marta oparła się o framugę i patrzyła na niego, aż się odwrócił.
„Dzień dobry”, powiedział nieco speszony. „Nie wiedziałem, czy zostać, czy wyjść wcześniej, żebyś nie czuła się niezręcznie.”
„Zostań”, odparła. „Zbiory kończymy w piątek. Potem zobaczymy.”
Wyszli razem na pole. Rosa jeszcze błyszczała na liściach, a pierwsze grona czekały na sekator. Marta wiedziała, że to nie jest historia na całe życie ani obietnica. Była jednak pewna jednego. Tego września zrobiła coś tylko dla siebie i nie musiała się z tego przed nikim tłumaczyć.
Kolejne dni
W piątek skończyli zbiory. Ekipa zapakowała ostatnie skrzynki na przyczepę, a Marta stała przy bramie z notesem, sprawdzając listę. Piotr podszedł do niej z kubkiem herbaty i postawił go na słupku.
„Mam jeszcze trzy dni urlopu”, powiedział. „Mogę wyjechać dziś, jeśli wolisz. Albo zostać i pomóc przy tłoczeniu.”
Marta uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od notesu. „Prasa sama się nie obsłuży. Zostań. Ale mam warunek.”
„Jaki?”
„Nikt nie udaje, że jest kimś innym. Ty jesteś nauczycielem historii, ja jestem właścicielką tego kawałka ziemi i oboje wiemy, że po trzech dniach każde wraca do swojego życia. Jeśli to ci nie przeszkadza, nie mam nic przeciwko.”
„Nie przeszkadza”, odpowiedział po chwili. „Właściwie to najlepsza propozycja, jaką usłyszałem w tym roku.”
Prasa
Tłoczenie trwało do późnego wieczora. Mosiężny kran skapywał mętnym sokiem do dębowej kadzi, a w całej wytwórni unosił się zapach, który Marta mogłaby rozpoznać z zamkniętymi oczami. Piotr obsługiwał dźwignię, ona pilnowała gęstości. Kiedy skończyli, była zmęczona w ten dobry sposób, który zostawia w ciele ciepłą ciężkość.
Usiedli na ławce przed budynkiem. Niebo było gwiaździste, a z pól dochodził zapach skoszonej trawy. Piotr oparł się łokciami o kolana i patrzył w ciemność.
„Myślałeś kiedyś, żeby zostać na stałe?”, zapytała Marta, zanim zdążyła się powstrzymać.
Spojrzał na nią. „Myślałem. Ale wiem, że to nie jest odpowiedź na pytanie, którego mi nie zadajesz. Lubię cię, Marta. Lubię to miejsce. Nie chcę niczego obiecywać, żeby ci potem nie było przykro.”
„Dobrze”, powiedziała. „Wolę to niż ładne kłamstwo.”
Druga noc
Tym razem nie było wahania. Weszli do domu razem, a w progu Marta odwróciła się i pocałowała go z tą pewnością, której nie miała cztery dni wcześniej. Piotr przytrzymał ją za biodra, a ona uśmiechnęła się w jego usta.
„Powiedz mi, czego dziś chcesz”, szepnął.
„Chcę, żebyś nie spieszył się”, odpowiedziała. „I chcę, żebyśmy patrzyli na siebie.”
Zdjęli z siebie ubrania bez pośpiechu, między pocałunkami, w świetle małej lampki. Marta położyła dłoń na jego piersi i poczuła, jak oddycha. Jego palce przesuwały się wzdłuż jej kręgosłupa, tak powoli, że ciarki biegły za nimi jak cień.
Kiedy położył ją na łóżku, całował jej brzuch, uda, każdy kawałek skóry, który odsłaniała, i za każdym razem pytał spojrzeniem, czy może iść dalej. Marta kiwała głową, czasem mówiła „tak”, a czasem tylko wplątywała palce w jego włosy. Gdy jego usta znalazły to miejsce, o którym nie śmiała mu powiedzieć, wygięła plecy i wyszeptała jego imię do sufitu.
Doszła szybko i intensywnie, ze śmiechem, który wymknął jej się mimo woli, a on podniósł głowę z uśmiechem pełnym ulgi. Potem leżeli splątani, aż oddechy się wyrównały, a ona sama sięgnęła po niego i pokazała, że to nie koniec.
Pożegnanie bez pożegnania
W niedzielę rano Piotr spakował plecak. Marta stała na ganku z kubkiem, w grubym swetrze, i patrzyła, jak zamyka bagażnik starego samochodu.
„Dziękuję za pracę”, powiedziała z uśmiechem.
„Dziękuję za wszystko”, odparł. Pocałował ją w czoło i zawahał się przez sekundę. „Jeśli za rok będziesz potrzebować rąk do zbioru, wiesz, gdzie mnie szukać.”
„Będę pamiętać.”
Samochód zniknął za zakrętem, zostawiając obłok kurzu. Marta wypiła herbatę i wróciła do piwnicy. Tam, w chłodzie i ciszy, czekał na nią młody moszcz, który za kilka miesięcy miał zamienić się w wino. Dotknęła dłonią beczki i uśmiechnęła się do siebie. Ten wrzesień był jej i tylko jej.
Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.
Więcej tekstów w dziale Opowiadania.
Przejdź do działu