Hotel nad morzem
Marta ma trzydzieści cztery lata, właśnie oddała największy projekt w swojej karierze i pierwszy raz od dawna nie musi nikomu niczego udowadniać. W hotelu nad morzem, poza sezonem, odkrywa, że pragnienie potrafi przyjść cicho, jak przypływ.
Pokój z widokiem na szarość
Marta przyjechała w październiku, kiedy nadmorskie miasteczko wyglądało jak teatr po przedstawieniu. Budki z goframi zabite deskami, leżaki złożone pod ścianą, na deptaku tylko starsze pary w polarach i psy, które wreszcie miały plażę dla siebie. Właśnie tego chciała. Przez ostatnie dziesięć miesięcy projektowała bibliotekę dla miasta, które zmieniało zdanie co tydzień, i kiedy w piątek podpisała ostatni protokół odbioru, poczuła nie radość, tylko głód ciszy.
Hotel stał na wydmie, biały, z drewnianym tarasem, który skrzypiał pod stopami. Pokój na drugim piętrze miał okno od podłogi do sufitu i widok na morze w kolorze grafitu. Marta rzuciła torbę na fotel, zdjęła buty i stała długo przy szybie, z czołem prawie przy chłodnym szkle. Fale przychodziły równo, jedna za drugą, bez pośpiechu. Pomyślała, że jej ciało od miesięcy żyło w zupełnie innym rytmie: kawa, telefon, mail, telefon, kawa. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś jej dotknął inaczej niż przelotnie, na powitanie.
Wieczorem zjadła zupę rybną w pustej restauracji, wypiła herbatę z miodem i zasnęła przed dziesiątą, przy uchylonym oknie, z szumem w uszach. Śniła o czymś ciepłym i nieokreślonym, o dłoni na karku, o głosie, który mówi jej imię powoli, jakby je smakował.
Mężczyzna z aparatem
Obudziła się przed szóstą, wypoczęta tak, że aż ją to zdziwiło. Włożyła gruby sweter, legginsy, kurtkę i zeszła na plażę. Niebo dopiero się rozjaśniało, od strony lądu różowiało, od strony morza było jeszcze granatowe. Piasek był zimny i ubity, łatwo się po nim szło.
Kilkaset metrów dalej ktoś stał nad samą wodą ze statywem. Wysoki mężczyzna w czapce, z aparatem, który wyglądał na stary i ciężki. Marta zwolniła, żeby nie wejść mu w kadr, i wtedy on odwrócił się i uśmiechnął.
„Proszę iść śmiało, czekam na światło, a ono się nie śpieszy” powiedział.
Miał głos niski, trochę zachrypnięty od porannego chłodu. Przedstawił się jako Adam. Fotografował wybrzeże poza sezonem do książki, którą robił dla wydawnictwa z Gdańska, i od tygodnia mieszkał w tym samym hotelu, w pokoju od strony lasu. Marta powiedziała, że jest architektką i że przyjechała tu nic nie robić. Zaśmiał się, że to najtrudniejsze zadanie, jakie zna.
Stali obok siebie, kiedy słońce wyszło zza chmur. Przez kilka minut nikt nic nie mówił. Adam robił zdjęcia, a Marta patrzyła, jak światło zmienia piasek w miedź. Kiedy skończył, zapytał, czy pozwoli zrobić sobie portret. „Na tle tej wody, w tym swetrze. Tylko jeśli masz ochotę, nie musisz” dodał od razu.
Miała ochotę. To ją zaskoczyło bardziej niż jego pytanie. Stanęła tam, gdzie pokazał, i patrzyła w obiektyw, a on patrzył na nią tak uważnie, że poczuła ciepło pod swetrem, na szyi, na policzkach. Nikt od dawna nie patrzył na nią tak długo i bez pośpiechu.
Śniadanie, które trwało do południa
Zjedli razem śniadanie na tarasie, owinięci kocami, które dawała obsługa. Rozmawiali o budynkach, które kochają, i o tych, których nienawidzą, o jego rozwodzie sprzed czterech lat, o tym, że Marta od dwóch lat jest sama i właściwie dobrze jej z tym, tylko czasem tęskni za czyimś zapachem na poduszce. Adam miał trzydzieści osiem lat, ręce pełne drobnych blizn po pracy w ciemni i zwyczaj zadawania pytań, a potem naprawdę słuchania odpowiedzi.
Marta złapała się na tym, że patrzy na jego usta, kiedy mówi. Potem na jego dłonie, kiedy obracał filiżankę. Wyobraziła sobie te dłonie na swoich biodrach i odwróciła wzrok w stronę morza, jakby mogła tam schować tę myśl.
„Wszystko dobrze?” zapytał.
„Tak. Myślę o rzeczach, o których nie myślałam od dawna.”
Nie dopytywał. Uśmiechnął się tylko, jakby rozumiał więcej, niż powiedziała. Po południu poszli razem do latarni, potem wrócili brzegiem, kiedy wiatr przybrał na sile. W pewnym momencie Marta poślizgnęła się na mokrym kamieniu, a on złapał ją za rękę. Nie puścił od razu. Ona też nie.
Pukanie
Wieczorem zapukał do jej drzwi z dwiema odbitkami. Wywołał je w łazience swojego pokoju, w małej przenośnej ciemni, z którą nigdy się nie rozstawał. Na pierwszym zdjęciu Marta stała na tle wody, z włosami rozwianymi na policzku, i wyglądała jak ktoś, kto właśnie sobie o czymś przypomniał. Na drugim śmiała się, z zamkniętymi oczami.
„Nie wiedziałam, że tak wyglądam” powiedziała cicho.
„Tak wyglądasz, kiedy przestajesz pilnować twarzy.”
Stali w progu. Korytarz był pusty, z dołu dochodziła cicha muzyka z baru. Marta wiedziała, że może podziękować, wziąć zdjęcia i zamknąć drzwi, i że on przyjmie to spokojnie. Właśnie dlatego nie chciała ich zamykać.
„Wejdziesz?” zapytała.
„Chcę. Ale powiedz mi, czego ty chcesz, bo nie chcę niczego zgadywać.”
Wzięła oddech. Brzmiało to jak zdanie z innego świata, z świata, w którym dorośli ludzie po prostu mówią sobie prawdę. „Chcę, żebyś mnie pocałował. A potem zobaczymy. Jeśli powiem stop, to stop.”
„Jeśli powiesz stop, to stop” powtórzył i wszedł.
Przypływ
Pocałował ją powoli, jakby miał na to całą noc, a ona po raz pierwszy od miesięcy nie myślała o niczym innym. Jego dłoń znalazła jej kark, dokładnie tak jak we śnie, i Marta zadrżała. Smakował herbatą z cytryną i chłodnym powietrzem. Oparła się plecami o drzwi, a on czekał, aż sama przyciągnie go bliżej.
Zdjęła mu sweter. On zapytał, czy może zdjąć jej, i kiedy skinęła głową, zrobił to tak ostrożnie, że aż się roześmiała. „Nie jestem ze szkła” szepnęła. „Wiem. Po prostu chcę to zapamiętać” odpowiedział.
Za oknem morze było już zupełnie czarne, tylko grzbiety fal łapały światło z deptaku. Położyli się na szerokim łóżku, na chłodnej pościeli, która szybko robiła się ciepła. Adam całował jej obojczyki, ramiona, wnętrze nadgarstka, miejsca, o których zapomniała, że w ogóle czują. Pytał cicho, czy tak, czy wolniej, czy mocniej, i za każdym razem jej odpowiedź była krótsza, aż w końcu zamieniła się w samo westchnienie i w to, jak przyciągała jego biodra do swoich.
Marta odkryła, że w ciszy hotelu poza sezonem może być głośna. Że nikt nie czeka na nią z mailem, nie ma żadnego terminu, nie ma nic poza tym jednym ciepłym ciałem obok i własną przyjemnością, którą ktoś traktował poważnie. Kiedy położyła jego dłoń tam, gdzie chciała ją mieć, nie wstydziła się. Kiedy powiedziała „nie przestawaj”, nie przestał. Przyjemność przyszła falami, jak tamto morze za szybą, najpierw daleko, potem coraz bliżej, aż w końcu zalała ją całą i zostawiła roztrzęsioną, roześmianą, z twarzą wtuloną w jego szyję.
Potem było jeszcze wolniej. Adam leżał nad nią, opierając się na łokciach, patrzył jej w oczy i pytał bez słów, a ona odpowiadała, ściskając jego plecy. Kochali się długo, z przerwami na śmiech, na szklankę wody, na okno otwarte szerzej, bo zrobiło się gorąco. Zasnęła po północy, z jego ramieniem pod głową i szumem fal w uszach.
Rozmowa w ciemności
W nocy obudziła się na chwilę. Adam nie spał. Leżał na boku i patrzył na nią w półmroku, w świetle latarni z deptaku, które wpadało przez szparę w zasłonie.
„Wszystko w porządku?” zapytał znowu, tym samym tonem co rano przy śniadaniu.
„Bardziej niż w porządku. Tylko się dziwię.”
„Czemu?”
Marta zastanowiła się, jak to powiedzieć. Że przez lata była przekonana, że jej przyjemność to coś, co trzeba załatwić szybko, po cichu, żeby nikogo nie zmęczyć. Że wcześniejsi mężczyźni rzadko pytali, a ona rzadko mówiła, bo mówienie wydawało jej się trochę wstydliwe, trochę egoistyczne. I że dzisiaj ktoś pytał ją co chwilę, a ona odpowiadała i nic złego się nie działo. Wręcz przeciwnie.
„Że można tak po prostu powiedzieć, czego się chce” powiedziała w końcu. „I że to nie psuje nastroju.”
Adam przesunął palcem po jej brwi, po skroni, po linii szczęki. „Mnie to nastrój robi” odpowiedział. „Lubię wiedzieć, że ci dobrze. Wtedy mnie też jest dobrze.”
Leżeli tak długo, rozmawiając szeptem o rzeczach drobnych i ważnych: o tym, jak Marta w dzieciństwie rysowała domy dla swoich lalek, o tym, jak Adam pierwszy raz wywołał zdjęcie i myślał, że to magia. W pewnym momencie ona przysunęła się bliżej i pocałowała go w ramię, potem w szyję, potem w usta, i zapytała, czy jest zmęczony. Nie był. Tym razem to ona prowadziła, powoli, siedząc nad nim w półmroku, z dłońmi na jego piersi, i patrzyła mu w twarz, kiedy zamykał oczy. Czuła się silna i piękna, i bardzo, bardzo obecna.
Światło o szóstej
Obudził ją przed szóstą, delikatnie, dotykając jej ramienia. „Światło” szepnął. „Chcesz zobaczyć?”
Zeszli na plażę razem, w tych samych swetrach co poprzedniego dnia. Niebo różowiało od strony lądu, morze było spokojne, prawie płaskie. Adam ustawił statyw, ale nie robił zdjęć. Stał obok niej i trzymał ją za rękę.
Marta pomyślała, że nie wie, co będzie dalej. Za dwa dni wracała do Warszawy, on zostawał tu jeszcze tydzień, potem jechał na Hel. Może to była tylko jedna noc. Może coś więcej. Odkryła ze zdziwieniem, że nie musi tego teraz wiedzieć. Że wystarczy jej to, co czuła w ciele: ciepłe zmęczenie, miękkość w biodrach, spokój, którego nie znała od lat.
„Zostaniesz jutro na śniadaniu dłużej?” zapytał.
„Zostanę na wszystkim, na co będę miała ochotę” odpowiedziała i sama usłyszała, jak dobrze to brzmi.
Słońce wyszło zza chmury. Piasek zrobił się miedziany. Adam w końcu podniósł aparat i zrobił jedno zdjęcie, nie morzu, tylko jej, śmiejącej się, z zamkniętymi oczami, w swetrze, który pachniał już nim.
Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.
Więcej tekstów w dziale Opowiadania.
Przejdź do działu