Przejdź do treści
Zboczona.
Opowiadania

Masaż

Ewa ma czterdzieści jeden lat, dwoje dzieci u babci na weekend i plecy, które od tygodnia przypominają kamień. Prosi męża o masaż i dodaje jedną zasadę, która zmienia cały wieczór.

Redakcja Zboczona7 min czytania
Pościel i świeca w sypialni

Piątek, dziewiętnasta

Dom jest cichy w sposób, do którego Ewa zdążyła się odzwyczaić. Nie ma kłótni o tablet, nie ma pytań, gdzie są czyste skarpetki, nie ma telewizora grającego bajkę w tle. Teściowa zabrała dzieci w piątek po szkole i obiecała oddać je dopiero w niedzielę wieczorem. Ewa stoi w kuchni z kubkiem rumianku i czuje, jak ta cisza osiada jej na ramionach.

Ramiona bolą. Od tygodnia, od kiedy w szpitalu, w którym pracuje jako pielęgniarka oddziałowa, dwie osoby poszły na zwolnienie i wszystko spadło na nią. Plecy między łopatkami są twarde jak deska. Kiedy obraca głowę w lewo, coś strzyka jej w karku.

Paweł wchodzi do kuchni z zakupami. Ma czterdzieści trzy lata, siwiejące skronie i ten sam, trochę krzywy uśmiech, w którym zakochała się na trzecim roku studiów. Są małżeństwem od piętnastu lat. Kochają się. Lubią się, co bywa trudniejsze. Ale w ostatnich latach seks stał się czymś, co dzieje się w sobotę rano, szybko, zanim dzieci się obudzą, albo wcale.

„Wyglądasz, jakbyś niosła na plecach cały oddział” mówi Paweł i odstawia torby.

„Bo niosę.”

Ewa patrzy na niego dłuższą chwilę. Potem mówi coś, czego nie mówiła od lat. „Zrobisz mi masaż? Taki prawdziwy. Długi.”

Jedna zasada

Paweł unosi brwi, ale się uśmiecha. „Jasne. Z przyjemnością.”

„Ale jest jedna zasada.” Ewa obraca kubek w dłoniach, czuje, że się rumieni, i ją to bawi, bo czterdziestojednoletnia kobieta rumieniąca się przed własnym mężem to coś zabawnego. „To ma być dla mnie. Tylko dla mnie. Nie chcę, żeby to był wstęp do czegoś, o czym ty już myślisz. Może do czegoś dojdzie, może nie. Zdecyduję ja. I jeśli powiem, że mam dość, to po prostu kończymy, bez obrażania się.”

Mówi to i czeka na jego reakcję, trochę spięta. Paweł odstawia mleko do lodówki, zamyka drzwiczki i odwraca się do niej.

„Dobrze” mówi po prostu. „Dzisiaj jestem twój. Ty mówisz, co i jak.”

Coś w niej mięknie, zanim jeszcze ją dotknął.

Przygotowania

Paweł podchodzi do tego poważnie, i to ją rozczula. Podkręca ogrzewanie w sypialni, bo wie, że Ewa marznie. Rozkłada na łóżku duży ręcznik kąpielowy. Wyciąga z szafki olejek migdałowy, który dostała dwa lata temu na urodziny i nigdy go nie otworzyła, i grzeje butelkę w misce z ciepłą wodą. Gasi górne światło, zapala lampkę nocną i świeczkę na komodzie. Pyta, czy chce muzykę. Chce. Coś spokojnego, bez słów.

Ewa bierze prysznic, długi i gorący, i stoi chwilę przed lustrem w łazience. Patrzy na swoje ciało, na rozstępy na brzuchu po dwóch ciążach, na piersi, które są inne niż kiedyś, na uda, które zawsze uważała za za grube. Przez lata patrzyła na to wszystko krytycznie, jak na listę rzeczy do poprawienia. Dziś postanawia, że nie będzie. Owija się ręcznikiem i wychodzi.

Przypomina sobie, jak było na początku. Wynajmowany pokój na Mokotowie, materac na podłodze, Paweł, który potrafił godzinę całować jej plecy, bo, jak mówił, nigdzie mu się nie spieszy. Gdzieś po drodze, między kredytem, nocnymi dyżurami, katarem dzieci i zebraniami w szkole, ten brak pośpiechu zgubili. Nikt nie był winny. Po prostu życie zjadło czas, a oni przyzwyczaili się jeść resztki. Ewa myśli, że dziś chce całą porcję. I że ma prawo tego chcieć, nie tłumacząc się nikomu, nawet sobie.

Kładzie się na brzuchu, z twarzą w poduszce, i zsuwa ręcznik do bioder.

Dłonie

Najpierw nic się nie dzieje. Słyszy, jak Paweł rozciera olejek w dłoniach, żeby był ciepły. Potem jego ręce kładą się płasko na jej plecach, nieruchomo, i Ewa czuje, jak całe jej ciało wzdycha.

Zaczyna od ramion. Powoli, mocno, kciukami wzdłuż kręgosłupa, aż do karku i z powrotem. Znajduje węzeł pod lewą łopatką i pracuje nad nim cierpliwie, okrężnie, pytając co chwilę, czy nie za mocno. Nie jest za mocno. Jest dokładnie tak, jak trzeba. Ewa słyszy, że wydaje z siebie dźwięki, ciche, gardłowe, i przestaje się nimi przejmować.

Paweł ma duże, ciepłe dłonie, które zna od dwudziestu lat, a jednak dzisiaj czuje je inaczej. Może dlatego, że nigdzie się nie spieszą. Może dlatego, że nie muszą nigdzie dojść. Przesuwają się po jej bokach, po talii, wracają do łopatek, ugniatają kark, aż Ewie kręci się w głowie od ulgi.

„Mogę zejść niżej?” pyta po długiej chwili. „Na lędźwie i nogi?”

„Możesz.”

Zsuwa ręcznik odrobinę, odsłania krzyż i pracuje tam, gdzie od tygodnia siedzi cały ciężar dyżurów. Potem przechodzi do stóp. Masuje każdą osobno, palec po palcu, pięty, podbicie, i Ewa śmieje się w poduszkę, bo nie wiedziała, że stopy mogą być tak przyjemne. Potem łydki. Potem uda, od kolan w górę, długimi, ciepłymi ruchami.

Coś się zmienia

Gdzieś w połowie ud Ewa zauważa, że ulga zaczyna się zmieniać w coś innego. Ciepło z mięśni przechodzi głębiej, rozlewa się w podbrzuszu, w biodrach. Oddech jej przyspiesza. Paweł to słyszy, wie, bo zna ją, ale niczego nie zmienia. Jego dłonie nadal są spokojne, nadal zatrzymują się kilka centymetrów niżej, niż teraz by chciała.

Dotrzymuje słowa. To ją podnieca bardziej niż cokolwiek innego.

Przez piętnaście lat to on zwykle zaczynał, a ona się zgadzała albo nie. Dziś kontrola leży w jej rękach i jest to uczucie tak nowe, że aż elektryzujące. Może powiedzieć „wystarczy, dziękuję”, odwrócić się i zasnąć, i nic złego się nie stanie. Wie to na pewno. Właśnie dlatego nie chce tego mówić.

Leży jeszcze chwilę na brzuchu i pozwala sobie na tę myśl do końca. Wyobraża sobie, co by było, gdyby jego dłonie przesunęły się wyżej, po wewnętrznej stronie uda, i czuje, jak na samą tę myśl robi jej się gorąco. Zabawne, że po tylu latach własny mąż może być tajemnicą. Że wystarczy zmienić jedną rzecz, zdjąć z niego obowiązek, a z niej pośpiech, i nagle wszystko jest jak pierwszy raz, tylko lepiej, bo ufa mu całkowicie. Wie, że gdyby teraz powiedziała stop, przykryłby ją kocem, pocałował w ramię i poszedł zrobić herbatę. Ta pewność jest jak ciepła woda, w której można się zanurzyć.

Odwraca się na plecy. Ręcznik zostaje gdzieś pod nią. Patrzy na męża w świetle świeczki, na jego błyszczące od olejku dłonie, na to, jak na nią patrzy, i widzi w jego oczach coś, czego dawno nie widziała. Nie pośpiech. Zachwyt.

„Teraz z przodu” mówi. „Powoli.”

Jej tempo

Paweł zaczyna od ramion i obojczyków. Potem dekolt, długie ruchy w dół, aż pod piersi, i znowu w górę. Pyta, czy może dotknąć jej piersi. Ewa kiwa głową, a potem mówi to na głos, bo chce to usłyszeć: „Tak, możesz.” Jego dłonie są ciepłe i śliskie, krążą powoli, a ona zamyka oczy i pozwala sobie po prostu czuć.

Brzuch. Rozstępy, których się wstydziła, i on całuje je, jeden po drugim, jakby były czymś cennym. Biodra. Wewnętrzna strona ud, bardzo powoli, coraz wyżej. Ewa oddycha płytko i szybko.

„Chcesz, żebym przestał?” pyta Paweł cicho. Nie dlatego, że nie wie. Dlatego, że obiecał.

„Nie. Chcę, żebyś mnie dotknął. Tam. I nie przestawał, dopóki nie powiem.”

Dotyka. Ostrożnie, z olejkiem na palcach, i Ewa wygina plecy w łuk. Mówi mu, co jej się podoba, wolniej, trochę wyżej, tak, właśnie tak, i on słucha, jakby uczył się jej od nowa, jakby nie znał jej ciała od dwudziestu lat. Może naprawdę nie znał. Może ona sama nie pozwalała mu go poznać, bo zawsze była zmęczona, zawsze się spieszyła, zawsze myślała o tym, czy dzieci śpią.

Dziś nie myśli o niczym. Przyjemność narasta powoli, jak przypływ, i Ewa pozwala jej rosnąć, nie poganiając, nie wstrzymując. Kiedy w końcu przychodzi, jest długa i głęboka, i Ewa słyszy własny głos w pustym domu, głośny, bez skrępowania. Paweł nie zabiera dłoni, aż ona sama ją przytrzymuje.

Potem

Leży długo, oddychając, z ręką na brzuchu. Świeczka dopala się na komodzie. Paweł kładzie się obok niej, opiera głowę na łokciu i odgarnia jej mokre włosy z czoła.

„I jak?” pyta z tym swoim krzywym uśmiechem.

„Nie wiem, czy mam jeszcze kości” odpowiada Ewa. Potem poważnieje. „Dziękuję, że się trzymałeś tej zasady. Wiem, że to nie było łatwe.”

„Było łatwiejsze, niż myślisz. Dawno nie widziałem cię takiej.” Paweł milknie na chwilę. „Wiesz, ja też się czasem bałem zaczynać. Zawsze byłaś zmęczona i nie chciałem być jeszcze jedną rzeczą, którą musisz obsłużyć.”

Ewa patrzy na niego zaskoczona. Przez lata myślała, że to on stracił ochotę, a on myślał, że to ona. Oboje milczeli, żeby nie robić drugiej stronie kłopotu.

Ewa się śmieje. Potem przyciąga go do siebie i całuje długo. Czuje, jak bardzo jej pragnie, i czuje też, że nie poprosił o nic. Że naprawdę był gotów na tym skończyć.

„Teraz ja zdecyduję, co dalej” mówi mu do ucha. „I zdecydowałam.”

Kochają się powoli, w ciepłej sypialni, w zapachu migdałów, i to jest inny seks niż ten sobotni, szybki, zanim dzieci się obudzą. Ewa prowadzi. Siedzi nad nim, patrzy mu w oczy, wybiera tempo i nie przeprasza za nie. Kiedy później zasypiają, wtuleni, jest dopiero dwudziesta druga, a przed nimi cała sobota.

Rano Paweł przynosi jej kawę do łóżka. Stawia kubek na szafce i pyta, czy dzisiaj też będzie jakaś zasada.

„Będzie” mówi Ewa i przeciąga się jak kotka. „Dzisiaj ty leżysz na brzuchu.”

Opowiadanie jest fikcją literacką dla dorosłych. Bohaterki i bohaterowie są pełnoletni, a wszystko, co robią, robią za obopólną zgodą.

Więcej tekstów w dziale Opowiadania.

Przejdź do działu

Czytaj dalej